| Zachowaj mnie, |
|
|
|
|
„Zachowaj mnie, Boże…” (Ps 16) Dzisiaj to mój ulubiony psalm i równocześnie tekst, do którego wracam chętnie i często. Dlaczego? Bo jest ważną częścią mojego życia, tajemnicą wciąż odkrywaną na nowo. Bo stał się początkiem Przygody, do jakiej zostałam zaproszona kilka lat temu. Czy macie za sobą takie chwile, wydarzenia czy miejsca, które są dla Was niczym perełki – bezcenne, starannie przechowywane w najcieplejszych zakamarkach pamięci? Jeśli tak, to doświadczacie na pewno, że samo ich wspomnienie ożywia i porusza serce – jak ulubiony album ze zdjęciami bliskich albo pożółkłe od czasu kartki w pamiętniku. Bóg także ma Swój „pamiętnik”. Wierzę, że zapisuje w nim historię każdego ze Swych przyjaciół bez względu na to, czy żyli z Nim w bliskości i zawsze, czy też dotarli do Niego po długiej wędrówce przez manowce grzechu. Dla jednych i drugich ma On miejsce w Swoim Sercu – schronienie, którego tak bardzo potrzebują, choć może na początku drogi nie zdają sobie z tego sprawy. Tylko w tym Miejscu wszyscy możemy odnaleźć upragnioną wolność i pokój, którego tak szukają nasze serca. Chcę podzielić się z Wami swoimi „perełkami” – być może zachęcą do poszukiwania, refleksji? Może ktoś się do nich serdecznie uśmiechnie, a może komuś pomogą odkryć jego własne…? „… bo chronię się u Ciebie”
By szukać schronienia u Boga, trzeba poczuć się naprawdę małym i jakby trochę bezradnym, jak dziecko, które nie zawsze samo sobie ze wszystkim poradzi („Jeśli się nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa” /por. Mt 18,3/). Problem w tym, że zbyt często kurczowo trzymamy się swoich wizji rzeczywistości, planów i zamiarów i za wszelką cenę chcemy je realizować, uważając je za najwyższe dobro i nie pytając nikogo o zdanie – tym bardziej Boga… Jesteśmy sami sobie okrętem, sterem, żeglarzem – wszystkim. Niezależni, wszystko wiedzący lepiej, dążący do celu nawet „po trupach”. Nie oglądając się na nic, szukamy swojego szczęścia, spełnienia, samorealizacji. Chciałoby się powiedzieć: WOLNI. Czy rzeczywiście? A może wyrażę to inaczej: „wolni”… Sama miałam dla siebie drogę, która mi jak najbardziej odpowiadała: wygodna, przyjemna, pełna wrażeń i przygód życiowych. Podobały mi się towarzyskie spotkania, wspólne wypady z przyjaciółmi, życie „na luzie”, które z każdej strony proponował mi otaczający mnie świat. Każda reklama mówiła mi: „Korzystaj z życia! Przecież należy do ciebie!” Więc korzystałam: sama decydowałam o tym, kiedy i gdzie się wybiorę, z kim spędzę swój czas, sama planowałam swoje wyjazdy, spotkania, rozrywkę i wszystko to, co wydawało mi się wtedy ważne. To był MÓJ ŚWIAT, do którego wpuszczałam tylko tych, których chciałam. Zależało mi jedynie na tym, by czuć się dobrze, otaczać się ludźmi, których lubię, bawić się i śmiać, żyć lekko i jak najdalej od nieszczęść, nieprzyjemnych i konfliktowych sytuacji, porażek, mieć tzw. „święty spokój” i cieszyć się swoimi sukcesami, tym, co się udało… Tylko to moje serce… takie trochę „niewygodne” - ciągle mu coś przeszkadzało, ciągle miało za mało, wciąż nie tak - niespokojne, „wysuszone”, głodne… Próbowałam je zadowolić, a ono wydawało się nie patrzeć na to, co mu podsuwam. Zaczęłam szukać czegoś, co mogłoby je zaspokoić. Filmy? Imprezy? Spotkania z ludźmi? Długie wieczory, spacery? Wycieczki i cudne krajobrazy? Ukochana przeze mnie muzyka? Długo szukałam, tylko… czego? „… nie ma dla mnie dobra poza Tobą…” „Stworzyłeś nas dla Siebie i niespokojne jest nasze serce, dopóki nie spocznie w Tobie” – usłyszałam na jednym z kazań w kościele (dziś już wiem, że to były słowa św. Augustyna). Pomyślałam: nie zaszkodzi… Poszłam na spotkanie grupy apostolskiej i zarazem teatralnej przy naszej parafii. Okazała się bardzo gościnna. Spotykaliśmy się w piątki na czytaniu i rozważaniu Pisma świętego. Stopniowo pojawiały się pytania, potem dyskusje – zdziwiłam się, że można się w taki sposób kłócić o Ewangelię!! Równocześnie pojawiła się okazja wakacyjnego wyjazdu w góry na rekolekcje, chodziło o animację muzyczną. Przystałam na to dość chętnie, bo lubię grać i śpiewać. Tak zaczęła się przygoda poszukiwania, spotykania, odchodzenia i powrotów do Boga. Rozmawiałam z Nim podczas adoracji. Wokół była cisza, a w sercu miałam wojnę. Ścierały się w nim dwa światy: mój i Boga. Co prawda, Bóg się nie kłócił – mówił raczej spokojnie, co jeszcze bardziej mnie irytowało. Ale się nie poddawałam: w dalszym ciągu szukałam czegoś, co zaspokoiłoby serce. Jedne, drugie, trzecie rekolekcje… Przyszedł też czas zdawania matury i egzaminów na studia. Złożyłam papiery na polonistykę, bo to wydawało mi się dla mnie najbardziej ciekawe – zresztą, zawsze lubiłam język polski… Egzamin zdany, matura „w kieszeni” i … co dalej? Myśli i serce nie dawały mi spokoju. Nic z tego, co zamierzałam, nie uciszało serca, które wciąż wołało, coraz głośniej i głośniej. Pewnego popołudnia poszłam do kościoła, w którym nie było jeszcze nikogo. Uklęknęłam i zaczęła się Rozmowa… Otworzyłam przed Bogiem swoje serce, a On w końcu mógł zobaczyć, co w nim jest (jestem pewna, że od dawna wiedział). Powiedziałam, że nie mam już sił szukać i biegać za tym, czego i tak nie mogę znaleźć. „Wylało się” wszystko, co do tej pory starannie przechowywałam bardzo głęboko, jak w jakiejś studni bez dna. Potem zrobiło się cicho. Całkiem cicho. I usłyszałam w sercu: „Wiem, czego szukasz. Twoje serce chce naprawdę kochać i być kochane. Ale szukasz tam, gdzie nie ma miłości. Tylko Ja ci ją mogę dać. Czy zechcesz ją przyjąć ode Mnie?” „Błogosławię Pana, Który dał mi rozsądek, bo serce napomina mnie nawet nocą…” Nie wiedziałam, co mam z tym zrobić. Wydawało mi się, że to tylko moje wymysły. I gdyby nie to, że serce wyszło stamtąd już jakieś inne, pewnie dałabym sobie z nimi spokój… Tymczasem dopuściłam te słowa do siebie i one we mnie już same „pracowały”. Wiedziałam, że jest mi z nimi dobrze, że to początek NIE-MOJEJ drogi, którą mam iść, jeśli chcę żyć w zgodzie ze swoim sercem. Kiedy przyszedł czas wyjazdu na egzamin, poprosiłam Rodziców, by zamiast do Krakowa zawieźli mnie do Dębicy, gdzie chcę poprosić o przyjęcie do Zgromadzenia Sióstr Służebniczek. Rodzice nie sprzeciwiali się, wiedziałam i czułam, że chcą mojego dobra i szczęścia… I tak, 7 października 2003 rozpoczęła się moja (a właściwie już NIE-MOJA) droga, którą Bóg wciąż prostuje, gdy pojawiają się na niej zbyt ostre zakręty. Ktoś zapyta: dlaczego akurat to, a nie inne Zgromadzenie? Nie wiem, Bóg to wie. Jeżeli On chce człowieka doprowadzić do Siebie, to znajdzie sposób i ścieżkę, którą go poprowadzi. Rekolekcje, w których uczestniczyłam aż trzy razy organizowały właśnie Siostry Służebniczki. I chociaż nie jechałam na nie po to, by pójść do klasztoru, lecz raczej po to, by odszukać prawdziwą Drogę do bycia szczęśliwą, to jednak Bóg sam znalazł sposób, by do mnie trafić… „Dlatego cieszy się moje serce i dusza raduje (…) Ukażesz mi ścieżkę życia, pełnię radości u Ciebie” Teraz jestem siostrą trzeci rok po ślubach, a Jezus wciąż mnie zaskakuje Swoją dobrocią i planami, które ma dla mnie. Wierzę, że Jego droga jest nieskończenie lepsza od tej, jaką ja sama próbowałam dla siebie stworzyć. Wciąż jednak muszę zmagać się ze sobą, by ufać bardziej Jemu niż sobie i pozwolić się Mu poprowadzić. Jednego jestem pewna: nie znalazłabym nigdzie indziej tego, co znalazłam przy Nim. Każdy z nas jest dla Niego ważny i dla każdego ma Drogę, która jest najlepszą z wszystkich możliwych. Ale w Swojej miłości nie może i nawet nie chce robić niczego wbrew nam samym – i to jest prawdziwe uszanowanie wolności człowieka, którego od Jezusa możemy się tylko uczyć… „Pan mym dziedzictwem, moim przeznaczeniem” Nie znalazłam wygód, jakich chciałam ani nie otoczyłam się ludźmi, których bym sama sobie wybrała. Moja codzienność nie jest pasmem wielkich sukcesów i nie brakuje w niej trudnych decyzji i wyborów. Nie jeżdżę i nie chodzę tam, gdzie chcę. Nawet swoich planów na dzisiejszy dzień nie mogę być pewna, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Ale moje dni są wypełnione po brzegi Bożą miłością, która jest wierna do końca i nigdy mnie nie zawiedzie. Są pełne chwil, zadań i ludzi, których Bóg sam stawia na mojej Drodze – przecież to On jest teraz jej Reżyserem, przewidującym Autorem. Tylko On zna cały scenariusz i wie, jak uczynić mnie prawdziwie szczęśliwą. Jemu ufam i Jemu powierzam moją przyszłość. W uszach wciąż mi brzmią Jego słowa: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” (zob. J 15, 16) i codziennie dziękuję Mu za Jego miłość i zaufanie, jakim mnie obdarzył, ucząc tym samym, co to jest prawdziwa Miłość. Oto moje „perełki”, którymi dzielę się z Wami, by oddać chwałę Temu, Który tak pięknie kieruje moim życiem. Życzę każdemu młodemu człowiekowi, by odnalazł swoją drogę do Prawdy, Wolności, Miłości – do Boga, bo tylko w Nim jest cały sens naszego życia i poszukiwania prawdziwego Szczęścia tu, na ziemi, a kiedyś w Jego Królestwie. s. Dorota |




